Dzieciństwo

Urodziłem się i wychowywałem na obrzeżach niedużego miasteczka Hancewicze (Gancewiczi) w obwodzie Baranowicze na Polesiu, na niegdysiejszych wschodnich Kresach Rzeczypospolitej, obecnie na terenie Białorusi.

Dzieciństwo wspominam dobrze, choć w wieku 5 lat straciłem ojca, który zmarł po długiej i ciężkiej chorobie. Mama zatroszczyła się o mnie i siostrę tak, żebyśmy śmierć ojca jako dzieci jak najmniej odczuli.

Mały domek, zbudowany przez moich rodziców, był dla mnie pałacem. Kiedy po latach odwiedziłem miejsce moich urodzin, ten pałac okazał się niemal kurzą chatką, z malutkimi pokoikami i sufitem niemal tuż nad mój a głową.

Ja, to ten pierwszy z prawej w górnym rzędzie, z naburmuszoną miną. Nie cierpiałem leżakowania.

W koncie, w kuchni koło pieca, ostrzyłem nożem buty z zaokrąglonymi czubkami, które przywiozła mi babcia z Polszy. Już wtedy w wieku 3, może 4 lat, moda nie była mi obojętna.

Czasami odwiedzała nas starsza, przyrodnia siostra Żanna.

Mała siostra Żanna, kiedy jeszcze mnie nie było na tym świecie.

Mieliśmy piękny dom i magiczny ogród.

Po śmierci ojca, po pogrzebie, czyli „pochoronach”, przyjaciele domu przynosili mi prezenty. Pamiętam, że dostałem zabawkową dubeltówkę, strzelbę, która zawisła na mojej szyi, kiedy fotograf robił nam zdjęcie z siostrą Halina, kiedy ja szedłem na polowanie, a ona z koszykiem na grzyby. Miałem wymarzone buty z cholewami i zawadiacką myckę.

Drużok, piesek ze zdjęcia, był nam bardzo bliski, choć do domu nie miał wstępu. Pod domem, w fundamentach była dziura, gdzie miał swoją budę. Mama opowiadała, jak kiedyś uratował jej życie, broniąc ją przed atakiem wilka.

Byłam małym Wadzikiem. Bawiłem się w wojnę, buszowałem po ogrodzie, jeździłem na rowerze. Coś mi z tej miłości do rowerów zostało do dziś.

Mama, Bogumiła Pawłowska, żyła z nami wśród obcych, gdyż cała rodzina wyjechała na Zachód, starała się utrzymywać bliskie stosunki z Polakami mieszkającymi w okolicy. Często odwiedzaliśmy Panią Gatalską, szlachciankę z wielkim ogrodem pełnym gruszek i jabłek. Gatalska mówiła piękną polszczyzną i była dumną Polką.

Co to były za szczęśliwe lata. Mimo bolesnej straty ojca, dzieciństwo miałem szczęśliwe.

Ogród za stodołą, gdzie z kolegami łapaliśmy koniki polne do butelek. To były nasze pierwsze chemiczno-biologiczne eksperymenty. Wiem, to było głupie. Ale dzieciom wolno trochę więcej.

Siedziałem w kucki na peronie kolejowym w Hancewiczach i sprzedawałem za 1 rubla, małe, dziecięce wiaderko jabłek, zebrane w naszym ogrodzie. To był pierwszy mój biznes.